Włóczyliśy się po polnych drogach myśląc, tak jak uczyli nas na lekcjach historii, że każda z nich prowadzi do Rzymu.
Wyobraźnia płatała nam figle, kłosy zboża zaczesywane letnim wiatrem przemieniały się w kohorty i dywizje rzymskiej armii. Dawało się słyszeć okrzyki dowódców nieprzyjaciela, szczęk oręża. Nasze rowery stawały się wierzchowcami, starożytni rzymianie rozpierzchali się w popłochu kiedy w szaleńczym pędzie przemierzaliśmy, ozłocone w świetle popołudniowego słońca, łany zbóż. I nagle byliśmy rycerzami Okrągłęgo Stołu, templariuszami, strażnikami tejemnej pieczęci i ksiąg z zaklęciami. Nikt nie odważył się zostać Krzyżakiem. Sienkiewicza przeczytaliśmy z zapartym tchem jako dzieci.
Pamiętam to lato, deszczowe i zimne, jesień obudziła się o wiele miesięcy za późno, zmuszając wszystkich wczasowiczów do pozostania w domach.
Byliśmy niepocieszeni, to tak jakby ktoś ukryty w chmurach nażłopał się beczki taniego piwa i postanowił przez miesiąc codziennie godzinami opróżniać pęcherz. Czasami pioruny biły w wodę. Chowaliśmy się wtedy w samochodzie słuchając depresyjnej muzyki z okolicznego radia. Radio to miało chyba stary ruski wojskowy nadajnik, bo mimo gęstego lasu, jezior i skał, nie było słychać żadnych szumów.
Depresyjne audycje mnie nie podniecały; nie mogłem się doczekać tych, które opowiadały o świecie i podróżach, muzyce Indii i Haiti, muzyce azjatyckich stepów, Tybetu i Nepalu, czeskim i węgierskim rocku, punkowej awangardzie wschodu, rosyjskim metalowcom. I deszcz wybijający rytm, gdy sekunda po sekundzie odbijał się od szyb i karoserii samochodu; wydającej dźwięk uderzanego w zawrotnym tempie wojskowego werbla, uspokajał, podnosił rangę niedościgłym marzeniom, że może kiedyś, może wkrótce, uda nam się stąd wyrwać. Padało przez tydzień.
Byłem sam. Wiedziałem jednocześnie, że to nie do końca prawda, nie do końca tak jest, a może mamiłem się myślami, że istnieje ktoś, gdzieś tam, kiedyś. Jak długo przyjdzie mi czekać, tego nie mogłem dowiedzieć się od nikogo. Poszukiwania po omacku kończyły się najczęściej złamanym nosem, podbitym okiem i potłuczonym na kawałki sercem. Jak kot po upadku udawałem, że nie stało się nic. I tak trzeba było wstać i otrzepać się z kurzu.
Dużo pływaliśmy, bo kiedy nie padało, stawało się tak gorąco, że nie dawało się od tego ukropu wytrzymać. Lustro niebiesko-zielonej wody wgryzało się w plażę, zjadało piasek kawałek za kawałkiem załamującej się o brzeg fali. Podmuchy wiatru kołysały jezioro. Wypływaliśy wtedy na jego środek, tam gdzie najgłębiej; potwory z legend groziły nam w wyobraźni; ośmiornice, stumetrowe płaszczki, stwory z Loch Ness. Zimna woda przepływała pod stopami, człowiek czuł się jakby w stanie nieważkości, nic inego nie istniało poza wodą i tą chwilą. Dawaliśmy się ponieść błogiemu lenistwu. Byliśmy głupcami, Ja, D., K. i J. Niedoświadczonymi uczniakami, starszymi, młodszymi braćmi, i było nam z tym dobrze, nie przejmowaliśmy się niczym, nie wiedzieliśmy wiele, i to dawało nam ocalenie.
Dom stał na wzgórzu. Otoczony polami gryki i zbóż, których nazwy nigdy nie mogłem zapamiętać. Z gryki gospodarze robili miód. Poddasze domu pachniało pszczelim woskiem, nie zapomnę nigdy tej woni, która przenikała wszystko wokół; drewniane ściany, belki stropowe, dębowe i świerkowe szafy, szuflady i komody. Miód przynosił słodycz, wkradał się do naszego życia po cichu, rozpalał nozdrza tak, że nie można było się od jego zapachu i woni żywicy uwolnić. Dawał ukojenie.
A później przychodziła chłodna noc. I nikt z nas nie chciał zasnąć.
by Qubuss © All rights reserved