<body><script type="text/javascript"> function setAttributeOnload(object, attribute, val) { if(window.addEventListener) { window.addEventListener("load", function(){ object[attribute] = val; }, false); } else { window.attachEvent('onload', function(){ object[attribute] = val; }); } } </script> <iframe src="http://www.blogger.com/navbar.g?targetBlogID=6523994&amp;blogName=AARDVARK&amp;publishMode=PUBLISH_MODE_BLOGSPOT&amp;navbarType=BLACK&amp;layoutType=CLASSIC&amp;searchRoot=http%3A%2F%2Faardvarkantfarm.blogspot.com%2Fsearch&amp;blogLocale=en_GB&amp;homepageUrl=http%3A%2F%2Faardvarkantfarm.blogspot.com%2F" marginwidth="0" marginheight="0" scrolling="no" frameborder="0" height="30px" width="100%" id="navbar-iframe" allowtransparency="true" title="Blogger Navigation and Search"></iframe> <div></div>

AARDVARK

BABYLON ZOO

Jezioro

Thursday, January 21, 2010


Włóczyliśy się po polnych drogach myśląc, tak jak uczyli nas na lekcjach historii, że każda z nich prowadzi do Rzymu.

Wyobraźnia płatała nam figle, kłosy zboża zaczesywane letnim wiatrem przemieniały się w kohorty i dywizje rzymskiej armii. Dawało się słyszeć okrzyki dowódców nieprzyjaciela, szczęk oręża. Nasze rowery stawały się wierzchowcami, starożytni rzymianie rozpierzchali się w popłochu kiedy w szaleńczym pędzie przemierzaliśmy, ozłocone w świetle popołudniowego słońca, łany zbóż. I nagle byliśmy rycerzami Okrągłęgo Stołu, templariuszami, strażnikami tejemnej pieczęci i ksiąg z zaklęciami. Nikt nie odważył się zostać Krzyżakiem. Sienkiewicza przeczytaliśmy z zapartym tchem jako dzieci.

Pamiętam to lato, deszczowe i zimne, jesień obudziła się o wiele miesięcy za późno, zmuszając wszystkich wczasowiczów do pozostania w domach.
Byliśmy niepocieszeni, to tak jakby ktoś ukryty w chmurach nażłopał się beczki taniego piwa i postanowił przez miesiąc codziennie godzinami opróżniać pęcherz. Czasami pioruny biły w wodę. Chowaliśmy się wtedy w samochodzie słuchając depresyjnej muzyki z okolicznego radia. Radio to miało chyba stary ruski wojskowy nadajnik, bo mimo gęstego lasu, jezior i skał, nie było słychać żadnych szumów.

Depresyjne audycje mnie nie podniecały; nie mogłem się doczekać tych, które opowiadały o świecie i podróżach, muzyce Indii i Haiti, muzyce azjatyckich stepów, Tybetu i Nepalu, czeskim i węgierskim rocku, punkowej awangardzie wschodu, rosyjskim metalowcom. I deszcz wybijający rytm, gdy sekunda po sekundzie odbijał się od szyb i karoserii samochodu; wydającej dźwięk uderzanego w zawrotnym tempie wojskowego werbla, uspokajał, podnosił rangę niedościgłym marzeniom, że może kiedyś, może wkrótce, uda nam się stąd wyrwać. Padało przez tydzień.
Byłem sam. Wiedziałem jednocześnie, że to nie do końca prawda, nie do końca tak jest, a może mamiłem się myślami, że istnieje ktoś, gdzieś tam, kiedyś. Jak długo przyjdzie mi czekać, tego nie mogłem dowiedzieć się od nikogo. Poszukiwania po omacku kończyły się najczęściej złamanym nosem, podbitym okiem i potłuczonym na kawałki sercem. Jak kot po upadku udawałem, że nie stało się nic. I tak trzeba było wstać i otrzepać się z kurzu.

Dużo pływaliśmy, bo kiedy nie padało, stawało się tak gorąco, że nie dawało się od tego ukropu wytrzymać. Lustro niebiesko-zielonej wody wgryzało się w plażę, zjadało piasek kawałek za kawałkiem załamującej się o brzeg fali. Podmuchy wiatru kołysały jezioro. Wypływaliśy wtedy na jego środek, tam gdzie najgłębiej; potwory z legend groziły nam w wyobraźni; ośmiornice, stumetrowe płaszczki, stwory z Loch Ness. Zimna woda przepływała pod stopami, człowiek czuł się jakby w stanie nieważkości, nic inego nie istniało poza wodą i tą chwilą. Dawaliśmy się ponieść błogiemu lenistwu. Byliśmy głupcami, Ja, D., K. i J. Niedoświadczonymi uczniakami, starszymi, młodszymi braćmi, i było nam z tym dobrze, nie przejmowaliśmy się niczym, nie wiedzieliśmy wiele, i to dawało nam ocalenie.

Dom stał na wzgórzu. Otoczony polami gryki i zbóż, których nazwy nigdy nie mogłem zapamiętać. Z gryki gospodarze robili miód. Poddasze domu pachniało pszczelim woskiem, nie zapomnę nigdy tej woni, która przenikała wszystko wokół; drewniane ściany, belki stropowe, dębowe i świerkowe szafy, szuflady i komody. Miód przynosił słodycz, wkradał się do naszego życia po cichu, rozpalał nozdrza tak, że nie można było się od jego zapachu i woni żywicy uwolnić. Dawał ukojenie.

A później przychodziła chłodna noc. I nikt z nas nie chciał zasnąć.

by Qubuss © All rights reserved

Oby Nowy Rok Był Lepszy

Friday, January 01, 2010


A dla was wszystkich Stand By Me w rozkolysanych rytmach.


by Qubuss © All rights reserved

Z tego można zrobić kilka opowiadań

Tuesday, November 24, 2009

Czytam Tarasa Prochaśki, “Z tego można zrobić kilka opowiadań”. Tak, można by spokojnie napisać kilka i opowiadań i kilka różnych, dobrych, książek.
Oniryczny klimat Ukrainy, lasów i górskich ścieżek, które rozchodzą się we wszystkie strony świata, wiją niczym plamy taniej kawy rozlane na kawiarnianym stoliku, tworząc okręgi jezior, odbite denka tanich filiżanek i spodków. Wódka, papierosy, kolumbijska kawa.
Przesiąkamy zapachem rozlanej ropy z psujących się co chwila autobusów, chyboczemy się gdy koła najeżdżają na porozrzucane na drodze urywki asfaltu, a może raczej tego, co asfalt przypomina.
I słyszymy opowieści, przy piwie, o geniuszu Dziadziusia.
I wiemy, że granice tworzymy sobie sami, w ramach połamanych luster więzimy marzenia, po cichu licząc, że się spełnią, jak we śnie.
I jak we śnie, spadamy.

by Qubuss © All rights reserved

Ami Vitale

Friday, November 20, 2009


Niedawno odkryłem stronę ze wspaniałymi zdjęciami Ami Vitale. TU.




by Qubuss © All rights reserved

Foty

Monday, November 16, 2009





A reszta na flickr.


by Qubuss © All rights reserved

Don't ever let this world unbalance you

Sunday, November 15, 2009
Szwędałem się dzisiaj po Londynie, ot tak sobie, żeby zaczadzony durną pracą umysł odświeżyć, napić się espresso, posiedzieć na ławce and rzeką, bo trzeba cieszyć się, że nie pada.
Bo jutro wszystko ulegnie zmianie, nad niebo nadciągną już zaczajone gdzieś w dali burzowe chmury, i woda, jak przesypywany z ręki na rękę piasek, posypie się z góry, chlupotem odbijając się od ulic i chodnikowych płyt, prostych i powykrzywianych dachów, zaszeleści pośród zażółconych już liści, niosąc ze sobą lekkie zniesmaczenie nieodwołalną beznadzieją londyńskiej pogody.

by Qubuss © All rights reserved

Wyjęte z książki

Wednesday, October 21, 2009

“W pierwszych dniach listopada 1931 roku wyruszyłem z Poznania w podróż do Afryki. Wyprawa taka jest oczywiście bardzo kosztowna, dlatego - nie mając pieniędzy - postanowiłem odbyć ją rowerem. Cały mój kapitał składał się z kilkunastu złotych, pióra, aparatu fotograficznego, roweru i sporej ilości silnej woli. Zdawałem sobie sprawę, że przedsięwzięcie jest nie tyle śmiałe, co szalone, chęć poznania Afryki była jednak zbyt wielka, bym mógł się jej oprzeć.”

Oto przed nami stoi Kazimierz Nowak. Podróżnik. Fotograf. Ten, który “Ukochanej mojej Marysieńce” dedykował spisywane do zeszytu dziennikarskie wspomnienia. Czas odkryć nieznany świat...

by Qubuss © All rights reserved

:)

Thursday, September 10, 2009


by Qubuss © All rights reserved

Książki

Monday, September 07, 2009

Przeczytane kiedyś, nie zrozumiane do końca książki wracają do mnie jak bumerang, odbijając się od zgłupiałej łopetyny, spadając z hukiem na drewnianą podłogę. Podnoszę je potem powoli kawałek po kawałku, składam w całość i przeżuwam dokładnie, jak książkowy mól.

“Dzienniki pisane nocą” Gustawa Herlinga-Grudzińskiego. Odkrywam jego niezwykłe oczytanie i sprawny pisarski warsztat.

“Wiersze” K.K. Baczyńskiego. Tak już poezji nikt nie pisze.

Maria Janion straszy mnie romantycznym pojęciem śmierci i zaświatów.

Charles Bukowski prostotą języka, złożonością podejmowanej problematyki i ciekawym (i zarazem destrukcyjnym) podejściem do życia.

Norman Davies za niezwykle jasne wytłumaczenie mechanizmów historii.

I strach jedynie jest we mnie, że nie starczy czasu, aby wszystko to, co ciekawe i do końca nie poznane, uda mi się przeczytać.

by Qubuss © All rights reserved

Homer Simpson

Sunday, September 06, 2009

“All right, let’s not panic. I’ll get the money back by selling one of my livers. I can get by with one.”

by Qubuss © All rights reserved

Przedrukowane.

Saturday, September 05, 2009

Niemcy czuli przed nami respekt.

Piotr Zychowicz. Rozmowa z Marianem Wojciechowskim (rocznik 1914), weteranem kampanii 1939 roku.

Rzepa: Czy to prawda, że atakowaliście niemieckie czołgi szablami?
Marian Wojciechowski: Bzdura! Nie byliśmy idiotami! Mieliśmy trochę oleju w głowie i wiedzieliśmy, że bronią białą nie przebijemy potężnego pancerza. Cała ta historia z rzekomymi szarżami polskich ułanów na niemieckie tanki to propagandowy wymysł. Miał ukazać Polaków jako nieodpowiedzialnych wariatów i prymitywny, zacofany technicznie naród. Niewiele się natomiast mówi o tym, że Niemcy w 1939 roku również mieli kawalerię. I to sporą.
Czy brał pan udział w szarżach?
Oczywiście. Największa z nich miała miejsce pierwszego dnia wojny pod Mokrą, gdzie bił się mój 21. Pułk Ułanów Nadwiślańskich. Zabrakło nam amunicji i zostaliśmy otoczeni ze wszystkich stron przez niemiecką piechotę. Wyglądało na to, że czeka nas niewola. Wówczas dowodzący nami oficer powiedział: „Ułani nigdy się nie poddają!”. I w tej samej chwili zatrąbiono do szarży. Spięliśmy konie i poooooszliśmy!
Ławą czy w jakimś szyku?
Podczas szarży, szczególnie gdy bierze w niej udział tak wielu kawalerzystów, nie ma mowy o żadnym szyku! Wali się do przodu, który koń szybszy! Pełen galop. Trudno to opisać. Przede wszystkim potworny huk. Eksplozje pocisków, strzały karabinowe, szczęk szabel, tętent koni. Ludzkie wrzaski i rżenie przerażonych koni. Padają ranni i zabici. Niektóre konie się przewracają, inne ciągną za sobą jeźdźców.
Jakiej broni używali w tej szarży ułani?
Długich lanc i szabli. Lancę nastawiało się już z daleka, aby przebić żołnierza. Ale po pierwszym trafieniu trzeba było ją odrzucić. Nie było czasu na wyszarpnięcie ostrza z trupa. Wtedy pozostawało już tylko rąbanie szablą.
Chyba trudno w takiej sytuacji o czyste cięcie.
To, w jaki sposób prawidłowo ciąć z konia, ćwiczyliśmy w szkole kawalerii w Grudziądzu. Ale człowiek to nie drewniany słupek. W praktyce było to znacznie trudniejsze. Ogólna zasada była prosta: jak bez hełmu, to w łeb, jak w hełmie, to w szyję, obojczyk, ramię. Nie zastanawiałem się jednak nad tym podczas walki. W szarży nikt nie starał się obciąć przeciwnikowi głowy, co również ćwiczyliśmy w koszarach. Adrenalina buzowała, człowiek był jak w transie. Po prostu walił Niemców, ile wlezie.
Uderzenie z pędzącego konia musiało być piorunujące.
Rzeczywiście siła była nieprawdopodobna. Przy takim tempie, w jakim szliśmy do tej szarży, każde uderzenie przewracało żołnierza i eliminowało go z dalszej walki. Nawet gdybyśmy mieli kije, to efekt byłby podobny. Poza tym na piechura szedł przecież koń i często był on po prostu tratowany.
Niemcy stawiali silny opór?
Tak. Strzelali z frontu, a później z boku. Jedna z kul przeorała mi czoło, zdzierając skórę. Gdyby żołnierz nacisnął spust ułamek sekundy później, to pocisk przeszedłby przez środek czaszki. Podobnie jak inni ranni koledzy nawet nie poczułem jednak tego draśnięcia. Dopiero później, gdy opadło już bitewne podniecenie, ludzie zauważali, że krwawią.
Jakie straty odniósł pański oddział pod Mokrą?
Ogromne. Między 50 a 75 procent. Był to jednak przede wszystkim skutek niemieckiej przewagi ogniowej. Bili po nas z ciężkiej artylerii, a my mogliśmy odpowiadać tylko lekkimi armatkami, które podciągnęliśmy końmi. Niemieckie pociski miały dalszy zasięg i padały między nas. Rozrywały się dopiero w ziemi, wyrzucając w górę gigantyczne gejzery ziemi. Jeden z pocisków padł o trzy, cztery kroki ode mnie. Piasek w zębach i na mundurze, dzwoni w uszach. Natychmiast rzuciłem się do leju po bombie. Następny pocisk uderzył w miejsce, w którym stałem. Znowu miałem diabelne szczęście, które nie opuszczało mnie później przez całą wojnę.
Bitwę pod Mokrą jednak wygraliście.
Niemcy próbowali przerzucić w rejon walk dużą ilość ciężkiego sprzętu. Czołgów i transporterów opancerzonych wypełnionych wojskiem. My się zorientowaliśmy, co się dzieje, i do akcji wkroczył nasz pociąg pancerny. Zaczął bić po kilku ostatnich czołgach i zawalił rozbitymi maszynami całą drogę. Te, które przejechały wcześniej, nie mogły się wycofać i znalazły się w pułapce. Z tego, co pamiętam, stracili wówczas około 150 maszyn. Stosy rozbitego żelastwa! Podobno Hitler był wściekły.
Czy wzięliście jeńców?
Tak. Gdy rozpoczął się odwrót na wschód, musieliśmy ich jednak wypuścić. Nie było sensu ich z nami ciągnąć, mogli tylko zaszkodzić i nas opóźnić. Tych jeńców, którzy zachowywali się w nieodpowiedni sposób, rozstrzelano. Chodzi o ludzi, którzy na przykład naprowadzali na nas samoloty Luftwaffe za pomocą małych lusterek. Takich rzeczy nie mogliśmy tolerować.
Jak wyglądał odwrót?
Ciągłe utarczki i potyczki ze ścigającymi nas Niemcami. Już w pierwszej takiej potyczce zapodział się gdzieś nasz oficer. Podczas pokoju, gdy dokonywano przeglądu oddziału, był zawsze na miejscu, ale kiedy zaczęła się prawdziwa wojna, nagle wyparował. Musiałem więc objąć pluton. Prowadziłem go lasami ze względu na ostrzał z samolotów. Często, gdy dochodziliśmy do miejscowości, w której mieliśmy się stawić, tam już się paliło. Wieś była w rękach Niemców. Jakoś doprowadziłem jednak swoich ludzi na prawą stronę Wisły.
Pomimo fatalnej organizacji...
Rzeczywiście nie wszystko wyglądało tak, jak powinno. Wydano nam śmieszną ilość pocisków, nie mieliśmy map, panował chaos. Przygotowanie do tej wojny nie było perfekcyjne. Mimo to dezercje wśród moich żołnierzy się nie zdarzały. Wprost przeciwnie, gdy któryś ułan ginął i mieliśmy wolnego konia, na jego miejsce natychmiast znajdowało się pięciu ochotników z rozlicznych, wycofujących się wraz z nami, oddziałów piechoty.
Niemiecki pancerniak Hans von Luck w swoich wspomnieniach z kampanii 1939 roku z podziwem opisuje waleczność polskich żołnierzy. Czy Niemcy czuli wobec was respekt?
To rzeczywiście dało się odczuć. Gdy dochodziło do rozlicznych potyczek podczas naszego odwrotu, właściwie nie podejmowali walki wręcz. Gdy szarżowaliśmy na nich, rozstępowali się na boki i wystawiali nas pod ogień czołgów. Albo po prostu uciekali.
Co mieliście zrobić po przekroczeniu Wisły?
Iść na Garwolin, a potem dalej na wschód, gdzie miała nastąpić reorganizacja wojska. Mówiono nam, że dopiero wtedy zacznie się prawdziwa wojna. Niestety, 17 września zaatakowali bolszewicy i wszystkie te plany legły w gruzach. Znaleźliśmy się między młotem a kowadłem.
I to dosłownie. To był 19 może 20 września. Byliśmy w niewielkim lasku i z jednej strony ostrzeliwali nas Niemcy, z drugiej Sowieci. Musieliśmy się bronić przed obydwoma wrogami naraz. Wkrótce przyszedł rozkaz: konie oddać chłopom, broń zakopać i zapamiętać gdzie, przebrać się w cywilne ubrania i rozejść do domów. W taki gorzki sposób skończyła się dla mnie ta kampania. Próbowaliśmy się jeszcze przebić do Rumunii, ale to się nie udało.
Czy podczas tej kampanii zetknął się pan z okrucieństwem okupantów wobec ludności cywilnej?
Tak, to było już po wschodniej stronie Wisły. Był tam pewien chłop, który stwierdził, że „wojna wojną, ale jeść trzeba”. I zabrał się do orania ziemi. Wyprowadził konia i zaczął iść za pługiem. Po pewnym czasie pojawił się na niebie niemiecki samolot. Zrobił kilka kółek i nagle wypuścił serię. Chłop się wyprężył i padł martwy na zaoraną ziemię obok konia. Widziałem to z dość bliskiej odległości i do dziś mam ten obraz przed oczami. I do dziś zadaję sobie pytanie, po co on to zrobił. Co mu ten chłop przeszkadzał? Później podczas całej wojny byłem świadkiem tylko jednej sceny, która wywarła na mnie porównywalne wrażenie.
Gdzie?
To było w Auschwitz, gdzie trafiłem za działalność w podziemiu. Jednym ze współwięźniów był potężnie zbudowany Żyd. To musiał być jakiś tragarz albo nosiwoda. Mocny chłop. Niemcy musieli mu jednak wyrządzić jakąś straszliwą krzywdę, bo pewnego dnia wyszedł na poranny apel całkowicie załamany. Usiadł na kupie gliny, która znajdowała się na podwórzu, i zaczął zawodzić: „Gdzie jest ten Bóg?”. Po chwili ciszy: „Gdzie jest mój Bóg?!”.
Potem zwrócił się do nas: „Gdzie są wasze Bogi?!”. A wreszcie: „Gdzie są te pierdolone Bogi?!”. Patrzyłem na to z przerażeniem. Zestawienie wulgarnego przekleństwa ze słowem Bóg było wstrząsające. Tego samego dnia ten człowiek został zamordowany.

by Qubuss © All rights reserved

Pink Floyd. The Division Bell.

Friday, August 14, 2009


Świat wiruje. Na suficie powoli jak wieloryby płyną kłebiaste chmury, biały sufit staje się niebieskim a później zielonym i żółtym, i czerwonym - niebem. Nuty dzwięczą, odbijają się od ścian niczym pimpongowe piłeczki, w zwolnionym tempie opadające krople wody. Korytarz przemienia się w amazońską grotę, jeśli takowe istnieją, jedynie czekać, aż w popłochu przeciśnie się jakiś tapir czy karibu.

A gdy muzyka ucichnie, słychać przeciekający kran w kuchni, który jak werbel, wybija sekundy opadającymi kroplami wody. Karibu i tapiry uciekły - jedynie płaszcze, kurtki, parasole i morze butów - straszą nieuporządkowaniem.
Sufit ponownie staje się biały. Widać pęknięcia w ścianie i rysy.

Znów nie mogę zasnąć.


by Qubuss © All rights reserved

Bardzo brzydki kawał. Bez obrazy.


Poszedł ksiądz na targ kupić coś do jedzenia, bo miał mieć w parafii wizytację biskupa i biskup miał zostać na kolację.
Podszedł do gościa z rybami i mówi:
- Oj, jaka piękna, duża ryba!
Sprzedawca na to:
- Pięknego skurwiela złapałem, co?
Ksiądz się obruszył:
- Panie, ja wszystko rozumiem - piękna duża ryba, ale żeby zaraz przy księdzu takie epitety wstyd!
Sprzedawca wyjaśnia:
- Ale proszę księdza - skurwiel to jest nazwa tej ryby, tak samo jak płotka, okoń czy pstrąg.
- Aaa no to w porządku. Poproszę tego skurwiela. Przygotuję go na kolację z biskupem.
Przychodzi ksiądz na parafię pokazuje rybę siostrze zakonnej.
Zakonnica:
- O jaka piękna duża ryba.
A ksiądz na to:
- Ładnego skurwiela kupiłem, co?
Zakonnica:
- Ale co ksiądz - takie słownictwo?
A ksiądz wyjaśnia, że to ta ryba się nazywa skurwiel - tak jak inne, płoć czy szczupak.
- Aaaa. to rozumiem.
Ksiądz polecił zakonnicy żeby ta przygotowała skurwiela na kolację z biskupem.
Stoi zakonnica w kuchni, skrobie rybę a tu wchodzi kucharka.
- O jaka piękna duża ryba - mówi kucharka.
Siostra na to:
- Piękny skurwiel, prawda?
- Ależ co siostra? Nie poznaję! - obrusza się kucharka.
A siostra, że ta ryba się nazywa skurwiel - tak jak inne się nazywają, karp czy lin.
Siostra kazała przygotować skurwiela na kolację z biskupem. Wieczorem przyjeżdża biskup, siada przy stole z księdzem i zakonnicą. Kucharka wnosi główne danie - rybę.
Ksiądz biskup:
- Jaka piękna, duża ryba!
Na to proboszcz:
To ja tego skurwiela znalazłem i kupiłem.
Odzywa się zakonnica:
- A ja tego skurwiela skrobałam.
Na to włącza się kucharka:
- A ja tego skurwiela usmażyłam i przyrządziłam.
Ksiądz biskup uśmiechnął się, wyjął z torby litr wódki i mówi:
- Kurwa, widzę, że tu sami swoi!


by Qubuss © All rights reserved

New Blog

Tuesday, August 11, 2009

Jeden blog to za mało, czas na kolejny, tym razem poświęcony w zupełności polaroidom. Moja oficjalna strona jest w budowie, wszelkie uwagi prosimy kierować do info@kubajames.com.


by Qubuss © All rights reserved

Gypsy Caravan - When the Road Bends

Monday, August 03, 2009

Przenieśmy się do innej krainy. Takiej z filmów Emira Kusturicy, kolorowej jak czarny kot, biały kot, czas cyganów. Przenieśmy się tam i wsłuchajmy w muzykę, nasze ręce zaczną klaskać a nogi przytupywać - nie spodziewamy się nawet jak to się stało i kiedy.
Wsłuchamy się w historie ludzi - one tworzą fabułę, otwierają oczy, zmuszają do śmiechu i do płaczu. I twarde serca miękną... Prawdą stają się słowa wypowiadane przez jednego z muzyków: "God's greatest creation is music. Better than land, wisdom, or being father of 1000 sons".
Nie będę mówił nic więcej. Klawiatura w Google, na Amazon.com, merlin.pl, sami wiecie najlepiej.

Tutuł: "Gypsy Caravan: When the Road Bends" A film by Jasmine Dellal.




A na koniec, żeby nie było. Let's kick some ass with that blues. Ladies and Gentleman - Koko Taylor!




Labels: , ,


by Qubuss © All rights reserved

Je pense a Toi

Friday, July 31, 2009

Myśli spiętrzone skały, głazy polodowcowe niewypowiedzianych jeszcze słów, powietrza arktyczne mrozy uczuć, głupoty i mądrości, bełkot i literatura wyższa. Poezja i proza. Muzyka ciszy i muzyka wrzasku. Nieopisane obrazy, niewywołane zdjęcia, rozmowy niedokończone - prosimy nie przywoływać imienia ojca dyrektora, nie o to dokładnie mi chodzi.

Horyzonty plączą się w niewidzialną sieć, która okala je ze wschodu na zachód, z południa na północ, jakbyśmy byli zlepieni przestrzenią z waty, nie możemy się ruszyć z miejsca. Dokąd? Którędy? Czy nadszedł już czas rzucić wszystko i oddalić się w nieznane? Kto wie? Kto wie...

A na dokładkę - Amadou & Mariam. Jeśli ktoś będzie miał możliwość widzieć ich na żywo - gwarantuję najlepszy koncert w życiu.

Je pense a Toi

A&M Live at Bastille, Paris

Interview with A&M, Mali

Labels:


by Qubuss © All rights reserved

Amadou & Mariam

Wednesday, July 29, 2009


iTunes Live raz jeszcze. Tym razem nie Placebo a Amadou & Mariam. Proszę sobie znaleźć na wikipedii, albo na itunes, albo na spotify, albo gdzieś indziej zupełnie.
Trudno mi opisać w słowach wrażenia; muszę powiedzieć jedno - najlepszy występ na żywo jaki widziałem w swoim życiu. Blues z Mali Panie i Panowie.


by Qubuss © All rights reserved

The Temper Trap remix

Friday, July 24, 2009

Rozkołysze was na dobre:




sweet disposition
never too soon
oh reckless abandon
like no one's
watching you

a moment, a love
a dream, a laugh
a kiss, a cry
our rights, our wrongs
a moment, a love
a dream, a laugh
a moment, a love
a dream, a laugh

chorus
just stay there
cause i'll be comin over
and while our bloods still young
it's so young
it runs
and we won't stop til it's over
won't stop to surrender

songs of desperation
I played them for you
a moment, a love
a dream, a laugh
a kiss, a cry
our rights, our wrongs
a moment, a love
a dream, a laugh
a moment, a love
a dream, a laugh

chorus:
just stay there
cause i'll be comin over
and while our bloods still young
it's so young
it runs
and we won't stop til it's over
won't stop to surrender

a moment, a love
a dream, a laugh
a kiss, a cry
our rights, our wrongs (won't stop til it's over)
a moment, a love
a dream, a laugh
a kiss, a cry
our rights, our wrongs(won't stop til it's over)
a moment, a love
a dream, a laugh
a kiss, a cry
our rights, our wrongs (won't stop til it's over)
a moment, a love
a dream, a laugh
a moment, a love
a moment, a love (won't stop to surrender)

by Qubuss © All rights reserved

Another day in paradise

Thursday, July 23, 2009

Kolejny dzień w raju. Gdzie ludzie nazwajem naparzają się po twarzach, werbalnie podkreślają swoją nad innymi wyższość, jakby status był najważniejszą rzeczą w ich, podkreślmy prawdopodobieństwo, bardzo szarym i niemrawym życiu.
Nie będę tu kłamał w żywe oczy, nawet patrząc w lustro nie jestem w stanie tego zrobić; koniec, mam dosyć.
Walka z idiotami okazuje się kompletną donkiszoterią, poziom sukcesu okazuje się ujemny, mimo starań wszelkich; najpierw nauczmy małpy czytać i pisać, a później zapiszmy do szkoły dobrych manier. Lekcje tańca i śpiewu przydadzą się bezsprzecznie.

Słucham dzwięku szarapnych strun hiszpańskiej gitary.

by Qubuss © All rights reserved

POLAROID

Monday, July 13, 2009

POLAROID - polaroidy on Flickr! Zapraszam


by Qubuss © All rights reserved

Behind

Wednesday, June 10, 2009


Istnieję i nie istnieję. Przelewam się przez wyżłobione w skale przesmyki, głaszczę grzywy drzew. Moim przewodnikiem jest wiatr. Widzę niewidzialne i niewidzialnym się staję.



by Qubuss © All rights reserved

LENS

Friday, May 22, 2009

NYT Lens project
- okazuje się, że wielkie tytuły amerykańskich dzienników na nowo rozpoczynają swą podróż w kierunku fotografii i wizualnego dziennikarstwa. Niezwykłe jest to, iż od pewnego czasu tego typu strony internetowe wyrastają jak grzyby po deszczu. Zaczęło się od sławnej agencji Magnum, później Washington Post, MediaStorm a po nich kolejne, coraz liczniejsze dzienniki i magazyny postanowiły podążyć tym trendem. Czyżbyśmy byli świadkami kresu "papierowego" dziennikarstwa? Przesądzać o tym zbyt wcześnie, sformułowane jednak pytanie otwiera drzwi nowym, multimedialnym światom. Natężenie świadomości i informacji po raz kolejny przeżywa niezwykły wzrost - czy ludzki mózg jest jeszcze w stanie nad tym wszystkim zapanować?
Jeśli starczy mi czasu, muszę się przyznać, że dzisiaj jestem niezwykle zmęczony, postaram się zrobić mały update moich linków, abyście mogli sprawdzić czyje fotoblogi są najbardziej interesujące.
Osobiście radzę przeczytać cytowany w New York Times Lens artykuł o Jacobie Holdtcie, duńskim fotografiku wagabundzie, który, aby starczyło mu na filmy, za pieniądze oddawał swoją krew do banku krwiodawswa dwa razy w tygodniu.
Miłego czytania.

Labels: ,


by Qubuss © All rights reserved

Normandie

Pojechaliśmy do Francji. Paryż i Normandia, miejsca niezwykłe, poetycko zachwiane i przewiewne. Światło zza chmur prześwitujące gdy duszno i niespokojnie. 'Thrice' w słuchawkach i głośnikach samochodu. Mały diesel Forda wydawał zwierzęcy pomruk gdy na liczniku wskazywało 170. I zwolnić trzeba było, przy radarach, do 130.

A w Paryżu parkować nie da się, co za kosmos, nawet o 3 nad ranem nie ma miejsc w centrum. I podróż bez sensu, sennymi uliczkami, polowanie na wolą zatokę. Polska nie jest zła. Tragedia.

Wspomnienia zapisane w ciągach zer i jedynek. Czarno-białe myśli przelane na wirtualny papier. Zdjęcie za zdjęciem. Na flikrze.


Labels:


by Qubuss © All rights reserved

Teresa Carreno Youth Orchestra of Venezuela

Tuesday, May 05, 2009




Od poprzedniego postu minęło trochę czasu, niewiele się zmienia, zmienia się tak wiele. Jak w krótkiej bajce - wierszu Ewy Lipskiej.
Jakoś przypadkiem trafiłem na stronę TED.com, szukając wywiadu, który niegdyś widziałem, z reporterem wojennym, Jamesem Natchwayem. Nie będę mówił zbyt wiele, proszę włączyć sobie wideo i przewinąć do częśći drugiej. Pierwszy utwór to Szostakowicz Symfonia 10ta, ale drugi - moim zdaniem najlepiękniejszy to - Arturo Márquez' Danzón No. 2. Miłego słuchania.

Labels: , ,


by Qubuss © All rights reserved

Kiedy zabraknie mi Ciebie

Monday, April 06, 2009


A kiedy mi Ciebie zabraknie, sprzedam wszystko, pozbędę się tych zbędnych mi sprzętów, kawałek po kawałku, być może zyskując niewiele, być może zyskując wszystko.

I obudzę się w słoneczne popołudnie; nie mam trosk dopóki o nich nie myślę, poziom adrenaliny utrzymuje się na stałym poziomie, na szczęście. Będę tęsknił.

Na kartce papieru poziome linie znaczą moje myśli jak szyny tramwajowe, jedne za drugim jadą wagony nieokrzesanych słów, sznurem, z nicości w byt.

OK, koniec tego romantycznego biadolenia, skupmy się na faktach.

The Week In Bullshit.

W Londynie przeprowadzono sondę na temat wartości funta; wniosek gawiedzi? Banknot jednofuntowy miałby większą wartość niż wciąż dostępna jednofuntowa moneta. Idiot magnet.

Summit G20 - jedna osoba nie żyje, hipisi zebrali się w namiotach by sobie pograć na gitarach, a tak zwani anty-globaliści; którzy nie zapominajmy nie używają komputerów albo telefonów komórkowych, a zaproszenia na manify przesyłają sobie wzajemnie pocztą gołębią, dali popis niszczenia szyb okolicznych banków w City.
Obama dał Królowej iPoda, z muzyką jakiej jedynie możemy się domyślać. Muszę tutaj podkreślić, iż moje przeczucie mówi mi, że było to DiscoPolo. Jako wybawca “narodu” Obama musiał przebywać na Jackowie, dzieki czemu wpadły mu w ręce przeboje zespołu Boys. Jego ulubionym szlagierem jest "Biba Czerwonka".

Jane Goody - gwiazdeczka dwóch edycji Big Brothera, której walka z (wyleczalną jeżeli wcześnie wykrytą) chorobą nowowtworową obiegła media i spowodowała ogólnokrajowe żygawiczne debaty we wszelkiego rodzaju dziennikach, tygodnikach, tabloidach, kolorowych magazynach, telewizyjnych newsach i programach pseudo-publicystycznych, które to miały na celu uświadomienie przeciętnego brytyjskiego debila (egzaminy GCSE są na najniższym poziomie w historii brytyjskiej edukacji) by zrobił sobie badania. Tak zwani dziennikarze przez kilka miesięcy wchodzili z butami pełnymi słomy w życie bohaterki, nawet po pogrzebie ekipy telewizyjne nie omieszkały filmować domowego parkingu matki Goody, tworząc w ten sposób wspaniałego newsa pod tytułem - “Tablica rejestracyjna czarnego Range Rovera”.

Madonna - starzejąca się jak supernowa hamerykańska gwiazda nie dała rady zaadoptować kolejnego afrykańskiego dziecka. Rząd Malawi, w telegraficznym skrócie odmówił Madonnie tłumacząc, że najpierw powinna zacząć się porządnie prowadzić a nie rżnąć na prawo i lewo z nikim innym a Jesusem (Hesusem jak to mówią Hiszpanie), a to tuż po rozwodzie z w miarę normalnym Guy'em Ritchie. Kobita popłakała, popłakała, a i tak zapewne kupi sobie nowe. Jak nie w Malawi to w Kamerunie.

Dziękujemy Państwu i zapraszamy za tydzień na "The Week In Bullshit". Good Najt.

Labels:


by Qubuss © All rights reserved