BTW
Friday, July 04, 2008Wczesnopopołudniowe słońce - jego ostre promienie tną liście kasztanowca świetlistymi strugami, odmalowując plamy światła na powierzchni zacienionej trawy, wypalają soczystą zieleń, wysuszają ziemię, jest parno lecz przejrzyście.
W parku, w niewielkim amfiteatrze nad brzegiem jeziora, tą scenerię wyjęto wprost z marnego melodramatu, gra orkiestra. Bach, Mozart, kilku angielskich klasyków, francuski neoromantyzm. Występ przerywają krótkotrwałe oklaski, pół minuty na odpoczynek dla zespołu; emerytów z filharmonii, nie dziwi więc zmęczenie w to piekielne niedzielne popołudnie.
Muzyka porywa niespokojną duszę, ulatuje gdzieś między chmurami, jeśli jeszcze jakieś ostały się w tym nieskończonym oceanie nieba, od którego dzisiaj nie ma ratunku, które spiekotą znaczy każdy odcinek odsłoniętej skóry, męczy.
Daleko by sięgać w pamięć, bycie błaznem dla samego siebie nie znaczy nic, jedynie nieprzyjemny śmiech w samotności, który po jakimś czasie przechodzi w jeszcze bardziej nieznośny rechot. Robi się nieprzyjemnie, w umyśle pojawiają się obrazy z przeszłości, jedne scenariusze przechodzą w kolejne, powtarzając się w nieskończonym zapętleniu. Po chwili cała ta kakofoniczna schizofrenia ucicha, pojawiają się kolory, znowu jesteśmy tam gdzie wydawało nam się być. Niezmienione wielkie nic. Tak samo niesamowicie beznadziejne jak poprzednio.
Nakrapiane chmurami niebo szarzeje, pewnie niedługo zacznie padać. Czas wracać. Okriestra zaczyna kolejne d’addagio, cokolwiek to znaczy zresztą. Nigdy nie byłem fanem muzyki klasycznej, którą czasami uważa się za przeintelektualizowaną. Bzdurne gadanie; jak ktoś jest głupi jak cep to nawet ryczenie krowy jawi mu się przeintelektualizowane. Strata czasu. Wracam do domu. Dzisiaj po raz kolejny na nogach; samochód sprzedałem kilka miesięcy temu, nie było z niego należytego pożytku. Podatek drogowy, podatek za benzynę, podatek za zanieczyszczanie środowiska i wyrzuty sumienia w związku z globalnym ociepleniem.
Nikt na mnie nie czeka, przynajmniej nie dzisiaj. Samotność ma to do siebie, że potrafi dawać w kość jedynie w momentach najmniej spodziewanych. Że niby wszystko jest w nieskazitelnym porządku, na swoim miejscu; jakby tak było od zawsze, od zarania dziejów, albo i jeszcze dłużej, no bo kto tak na prawdę wie co było wcześniej, przed wielkim nic?
Zapominam. Podobno to efekt starzenia się, spotęgowany przez spożywanie nadmiernej ilości hormonów pakowanych w karmione sypkim gównem przemysłowe kurczaki, którymi zażeramy się przez większość naszego życia, dzieląc je na pracę, sen, czasami seks (tutaj rozpiętość procentowa jest niezwykła), choroby weneryczne i bardziej nieprzyjemne nowotwory, oglądanie głupawej telewizji, niektórzy czytają książki; znikoma jednak część rozumie to co czyta, kłótnie małżeńskie i bijatyki, one dodają naszym związkom smaku zastygającej krwi w ustach, po celnym sierpowym małżonka lub rzadziej - małżonki. Nie mamy przyszłości, tak przynajmniej mówią w głupawych reklamach proszków do prania, gdy nasze życie porównamy do nieregularnej plamy zaschniętego błota na wykrochmalonej koszuli.
Włączyłem radio; jakże przedziwne jest nasze odnajdywanie się w skomplikowanej, kalejdoskopicznie zmieniającej się materii świata. Idziemy ku sobie po omacku. Potrzeba szcześcia nie daje nam spokoju, ktorego zresztą nie sposób osiągnąć, narkotyki stały się niezwykle drogie po ostatnio odkrytym przemycie z Kolumbii, złapano podobno całą mafijną siatkę; prawdziwie grube ryby. Szukamy szczęścia przydziewając zaciemnione okulary, w strachu, jakby jego nagłe pojawienie się mogło nas oślepić i pozbawić raz na zawsze możliwości ponownego go odnalezienia. Wbrew pozorom nie potrzebujemy niczego ponad to, co pozwala nam przeżyć dzień następny w poczuciu spełnienia. Dobrze, okłamuję się jak zwykle. Sam marzę przecież o kolejnym wcieleniu czerwonego Ferrari. Jesli nie Ferrari to może być Porsche od biedy.
Od tego się zaczęło, niejasnego majaczenia w mojej głowie, te wszystkie pijatyki dają w kość, znajomi mówią, że się starzeję. Coś w tym jest. Więc zaczęło się od tego majaczenia, w nocy, a może już świtało, Wieniczka by wiedział dokładnie o czym mówię, zobaczyłem siebie, gdzieś tam pośród wszystkich bawiących się ludzi, którzy półnadzy ocierali się o siebie nawzajem, przygaszone światła otulały swym mrocznym ciepłem, szukałem oczu, nie mam najmniejszego pojęcia dlaczego, jakich ja oczu szukałem w tej pijackiej malignie, jakbym chciał samego siebie w tych oczach odnaleźć. Tak. Urywki pamięci nie układają się w nic znajomego. To, że możemy zdarzenia układać jak puzzle z milionów nic nie znaczących cząsteczek materii, jest wierutną bzdurą. To właśnie te najmniejsze cząstki znaczą najwięcej. Pomyl się a spierdolisz cały obraz. Na podobieństwo. Jestem święcie przekonany, że ja niektóre kawałki tej układanki pogubiłem właśnie wtedy.
Wyszedłem na ulicę, udało mi się przywołać taksówkę. Mogę się założyć, że taryfiarz hochsztapler naciął mnie grubo ponad licznikową miarę, mój umysł był jednak bezwładny, nie mogłem z siebie niczego prócz nieskładnego bełkotu wydusić, wyjąłem z kieszeni plik banknotów, podałem facetowi. Chciałem splunąć mu w twarz. Tak bardzo chciałem. Pamiętaj, pamiętaj, nie czyń bliźniemu.
Dotoczyłem się do własnych drzwi. Baracia Lumiere byli wspaniali.
Następne dni były otępiałe papierosowym dymem, który poprzez nozdrza przenikał do czeluści mojego pustego łba, zwoje mózgowe i pozostałości po szarych komórkach, wybitych w neandertalskiej wojnie pomiędzy nikotyną i wódką. O cenę wolności.
W telewizorze mówili, że kolejna wojna z terroryzmem się szykuje, zbroją się narody w cierpliwość nieskończoną by jak najlepszą kasę na tej rzeźi zrobić, cena ropy idzie w górę w rakietowym tempie, już niedługo będę musiał jeździć na rzepaku co to go będę w ogródku siał i kosił. Albo się na starą niemiecką damkę przesiądę, ubiorę sandały, sztruksy i koszulę w dzieci kwiaty. Wypiję czarną jak przestrzeń arabską kawę, później próbą żyletki poranek zacznę, oby nie świeciło słońce - ono tak po głowie potrafi przypierdolić, jak Gołota. Mówili nauczyciele szkoły podstawowej by nie przeklinać, kaleczyć język jak kaktusy papier, tylko gdzie ten ideał Słowackich i Mickiewiczów na wygnaniu, czytamy taki chłam jak w Fakcie czy Robolu. Poprawnie mówić jak politycy i nowa emigracja. Lasuje się mózg. Zaufanie jak czarna magia.
by Qubuss © All rights reserved



